West Highland Way

Jeśli poszukujecie łatwego, zróżnicowanego szlaku w Europie, to właśnie go znaleźliście.

Oto Szkocja w pigułce, czyli sławetny 154 kilometrowy szlak długodystansowy West Highland Way, na którym nie da się nudzić! Trasa przeczołga was po najbardziej charakterystycznych punktach tej krainy – jest coś dla wielbicieli whisky, owiec i szkockich krów, górskich wędrówek i urokliwych malutkich miasteczek. Od niskiego Lowlandu oznaczony charakterystycznym symbolem ostu szlak powiedzie was wprost do najwyższej góry Wielkiej Brytanii – Ben Nevis.

Zachęceni?

Charakterystyka szlaku

To najbardziej szkocki szlak, jaki możecie sobie wyobrazić. Będzie typowe, głębinowe jezioro, mroźne potoki, omszałe, absolutnie przepiękne lasy i oczywiście szkockie Highlandy. Liźniecie również nieco kultury i historii tych terenów. Wzdłuż trasy odnajdziecie liczne informacje na temat tego, skąd niektóre ze szlaków się wzięły i do czego były pierwotnie używane. Miniecie piękne, typowe dla regionu zabudowania i masę owiec i krów, które w Szkocji stanowią stałą i niezmienną część krajobrazu. 

Niestety pogoda, którą zastaniecie również będzie typowo szkocka. Na szlaku należy spodziewać się dosłownie wszystkiego – rodowici Szkoci twierdzą, iż nierzadko widuje się tutaj cztery pory roku jednego dnia. Wiatr i deszcz to niezależne od momentu, w którym wyjdziecie na szlak pewniki, z którymi trzeba sobie radzić.

Wiosną, latem i wczesną jesienią z pewnością zauważycie również pewnych nieproszonych towarzyszy podróży, których nie da się przeoczyć. Meszki i komary to norma, aczkolwiek występują miejscowo w większych lub mniejszych ilościach. Podczas wędrówki warto więc zaopatrzyć się w repelenty i kapelusze z moskitierami. 

Szlak zaliczany jest do prostych, ale niech was to nie zwiedzie! Zwłaszcza przy jeziorze Loch Lomond ścieżka wcale nie była taka przyjemna. Ciągłe, choć krótkie, ostre podejścia i zejścia mogą dać nieźle w kość i odczułam to zarówno ja, jak i osoby mijające mnie na szlaku. Najwyższym miejscem do wspięcia się będzie punkt na wysokości nieco ponad 500 m.n.p.m. W mojej ocenie jest on do przejścia dla każdego. Nie znajdziemy tu łańcuchów, ekstremalnych stromizn czy typowo górskich podejść, więc technicznie sprawa jest naprawdę łatwa i przystępna. Problem może stanowić stan ścieżek po intensywnych opadach deszczu, kiedy nawierzchnia robi się śliska i niebezpieczna. 

Dla osób, które obawiają się prawdziwej, dalekiej od cywilizacji dziczy na szlaku, tu będziecie mogli spać spokojnie. Cywilizacja otacza ten szlak z każdej możliwej strony – na trasie będą miasteczka, sklepy, miejsca do nocowania w typie niewielkich pensjonatów czy kempingów. Dla mnie osobiście było to raczej minusem, ale to już zależy od perspektywy. Dzięki temu trasę można przejść z bardzo niewielkim obciążeniem śpiąc w cywilizowanych warunkach i stołując w miasteczkach, zamiast zabierać ze sobą namiot i żywność. Dzięki takiemu położeniu szlak daje wiele możliwości dla każdego i staje się dość elastyczny, gdyż można opuścić go w bardzo wielu miejscach.

Kiedy jechać?

Szlak dostępny jest całym rokiem i nie ma w tej kwestii absolutnie żadnych ograniczeń. Zdecydowanie jednak najbardziej polecanym terminem będzie tutaj pora kwitnienia wrzosów, których rosną tu całe połacie – czyli mniej więcej od połowy sierpnia do początków września. Osoby, które planują biwakowanie na trasie muszą wziąć pod uwagę odcinek ciągnący się wzdłuż jeziora Loch Lomond, gdzie okresowo nie można rozbijać namiotów poza wyznaczonymi do tego miejscami. Warto również pamiętać o niezwykle kapryśnych warunkach pogodowych – w lecie na deszcze i silne wiatry macie zdecydowanie najmniejsze szanse, ale pamiętajcie, że to wciąż Szkocja – miejsce, w którym w ciągu jednego dnia da się zaliczyć cztery pory roku… o każdej porze roku.

Noclegi

Kwestię nocowania można podzielić na trzy główne grupy – nocowanie w pensjonatach, nocowanie z namiotem na płatnych polach kempingowych oraz nocowanie na dziko. Każda z nich przedstawia zupełnie inny zakres cenowy i zupełnie inny komfort.

Biwakowanie na dziko to opcja, którą wybrałam ja sama – dobór miejsca raczej nie sprawiał problemów (poza brzegami jeziora Loch Lomond). Należy pamiętać, że w okresie od marca do września na terenie Loch Lomond and the Trossachs National Park nie można rozbijać namiotów poza miejscami wyznaczonymi, a tych niestety jest jak na lekarstwo (i są płatne). Poza tym odcinkiem raczej nie zanotowałam większych problemów. Oddech byłych śmiałków na szlaku jest tu widoczny przez ślady po ogniskach i płaskie placki, które ktoś już dla nas uklepał rozbijając namiot przed nami. Niektóre miejsca będą zaznaczone na mapie, inne ukryte i schowane, na które po prostu się “natkniecie”. Jeśli chodzi o rozpalanie ognia czy używanie kuchenek nie ma z tym problemu. Warto wspomnieć o tym, iż znacznymi utrudnieniami w znalezieniu dobrego miejsca będą z pewnością rozległe pastwiska ze zwierzętami, otwarte tereny nieosłonięte od wiatru, wrzosowiska (lub torfowiska) i miejsca podmokłe.

Biwak na płatnych kempingach – na trasie jest ich całkiem sporo i oferują niezły komfort. Znajdziecie w nich podstawowe udogodnienia takie jak łazienki, prysznice i kuchnię, w której będziecie mogli przygotować bez problemu posiłek. Zazwyczaj również znajdują się tam małe restauracyjki lub sklepiki ułatwiające zaspokojenie głodu. Niestety ten luksus i piękne, mięciutkie połacie traw do rozbicia namiotu mają niemałą cenę. Większość płatnych kempingów położona jest tak, by dzielił je niecały dzień drogi na piechotę.

Pensjonaty i schroniska – po drodze znajdziemy ich całkiem sporo i wielu piechurów wybiera właśnie tę najwygodniejszą opcję idąc z malutkim, godnym pozazdroszczenia plecaczkiem. Zwykle niestety trzeba zapłacić za nie niemałe pieniądze, co dla mnie stanowiło istotny problem. Budynki te jednak zwykle usytuowane są naprawdę malowniczo, a także zadbane i nieraz w trasie zazdrościłam wchodzącym w ich progi turystom.

Po drodze znajdziecie również kilka punktów, w których można spać bezpłatnie (tzw. bothy) – są to stare domki, oferujące jedynie klepisko, dach nad głową i miejsce do ogrzania się. Idealne rozwiązanie na niepogodę.

Wyżywienie

Jeśli martwi was sprawa głodowania na trasie, to zdecydowanie nie powinna! Opcji wyżywienia jest tu całkiem sporo.

Wyżywienie własne – jest to oczywiście opcja najcięższa do noszenia, gdyż cały dobytek jedzeniowy macie ze sobą. Pomimo tego jednak jest to zdecydowanie najtańsze rozwiązanie. Trzeba pamiętać, że poza jedzeniem (polecam liofilizaty), trzeba jeszcze zaopatrzyć się w kuchenkę wraz z paliwem. Z korzystaniem z tego typu dobrodziejstwa nie ma najmniejszego problemu. W wielu obozowiskach można było również rozpalić ognisko i nierzadko zobaczyć wyraźne, czarne ślady poprzedników. Trzeba jednak pamiętać, że w Szkocji często pada deszcz i to czasami naprawdę upierdliwie, co nieraz wyklucza opcję rozpalania ognisk podczas biwaku.

Wyżywienie na trasie – jest to zdecydowanie droższe, chociaż znacznie przyjemniejsze rozwiązanie. West Highland Way jest szlakiem, który otoczony jest cywilizacją, niewiele jest tam miejsc prawdziwej dziczy. Po drodze znajdziecie sklepy spożywcze (ceny w większości są niestety zawyżone), restauracje i puby, w których można całkiem smacznie zjeść. Na trasie od czasu do czasu znajdziecie również tzw. Honesty Box, w których za drobną opłatą (bezobsługowo) będziecie mogli kupić bibeloty pierwszej potrzeby. Warto się rozglądać, bo to tanie i niecodzienne rozwiązanie.

Honesty Box mogą wyglądać bardzo różnorodnie. Czasem rzucą się wam w oczy, a czasami będzie to malutka lodóweczka wystawiona przy trasie. Zwykle można kupić w nich rzeczy najpotrzebniejsze, jak np. woda, aczkolwiek zdarzały się i domowe ciasta czy inne ręczne wyroby. Ja, chociaż z tego dobrodziejstwa nie korzystałam, lubiłam się przyglądać wystawionym towarom.

Opis trasy

Szlak West Highland Way zdecydowanie należy zaliczyć do tych łatwych i idealnie nadaje się on dla początkującego. Na próżno szukać tu ekspozycji czy łańcuchów, ale nie dajcie się zwieść! Bywają momenty, które naprawdę mogą dać wam się nieźle we znaki.

Etap 1 - Millngavie - Drymen

Ten odcinek trasy to zdecydowanie przyjemny wstęp do dalszego etapu wędrówki. No, może poza tym, że sięga dokładnie 19 kilometrów i tym właśnie wynikiem może nieco zmęczyć, zwłaszcza jeśli dźwigacie na sobie dużo kilogramów. Trasa jest dość dobrze oznaczona w tym miejscu i powiedzie was przez szkockie Lowlandy – a w skrócie oznacza to tyle, iż nie znajdziecie na trasie zbyt dużych przewyższeń. Na przestrzeni wielu kilometrów tego odcinka znajdziecie dużo różnorodności. Wokół trasy ustawia się wiele uroczych wsi, porośnięte gęstym mchem lasy, jak i zachęcające wędkarzy jezioro. Warto nadmienić również sporą ilość owiec (co, czytając ten tekst do końca wcale nie okaże się dla was wielkim zaskoczeniem), widoczną z trasy destylarnię whisky Glengoyne i naprawdę fajne pagórkowate widoki – niestety jedyne, które mogą dać wam nikłą szansę na przyzwoity nocleg na trasie. Jeśli więc podążacie szlakiem West Highland Way z wypchanym do nieskończoności plecakiem musicie wybierać – albo rozbić się po dosłownie 6 km wędrówki albo dotrwać do Drymen. Tuż przy wyjściu z miejscowości znajdziecie przytulny las, który da wam schronienie na noc.

Etap 2 - Drymen - Rowardennan

Tutaj zaczynają się prawdziwe schody. Osobiście miałam ten niebywały luksus posiadania sporej ilości czasu na szlaku i podzieliłam sobie ten odcinek na pół. Jeśli zamierzacie przejść go w jeden dzień – życzę wam powodzenia, zwłaszcza jeśli zamierzacie dźwigać na plecach ciężar własnego świata. Trasa technicznie nie jest trudna – jak całe West Highland Way. Widoki po drodze będą fenomenalne – dokładnie tak jak góry i doliny po drodze. Wpierw będziecie musieli zmierzyć się z Conic Hill, z którego widok na jezioro Loch Lomond dosłownie powala na kolana. Niestety jest to trasa pod górkę – dosłownie 300 metrów przewyższenia. Czy warto? Zdecydowanie warto! Jak dla mnie to jedno z najpiękniejszych miejsc na całym szlaku! W pobliżu wzgórza odbywa się wypas sporej ilości ciekawskich krów i owiec, na które można patrzeć dosłownie godzinami. Z Conic Hill będziecie już schodzić dość mocno w dół w kierunku miejscowości Balmaha. Znajdziecie tam miejscówki na odpoczynek tuż przy wodach jeziora Loch Lomond, darmową wodę pitną, sklep spożywczy i całkiem nieźle wyposażony sklepik z artykułami dla piechurów. Z Balmaha czeka nas wędrówka wzdłuż brzegów jeziora Loch Lomond – miejscami będzie to istna, bajkowa sielanka i sceneria zachęcająca do posiedzenia i kąpieli w wodzie. Niestety ten odcinek ma też swoją ciemną stronę.Wzdłuż jeziora droga prowadzi istną sinusoidą to w górę, to w dół, to bardziej, to mniej stromo. Z tego powodu zapewniam was, że szybko będziecie chcieli opuścić tę zróżnicowaną linię brzegową. Trzeba pamiętać, iż od podnóża Conic Hill aż do Rowardennan panuje wszechobecny zakaz rozbijania się ze względu na Loch Lomond and the Trossachs National Park. Po drodze można zatrzymać się na kilku płatnych kampingach, jest też opcja dość taniego noclegu na dziko, który należy wykupić w zasadzie jak najszybciej (poprzez stronę internetową, którą podaję na końcu artykułu, należy wykupić tzw. permit czyli pozwolenie), gdyż ilość miejsc jest ograniczona. Mniej więcej kilometr od Rowardennan znajdziecie jednak już całkiem niezłe miejsca do dzikiego biwakowania.

Etap 3 - Rowardennan - Inverarnan

Za Rowardennan niestety spotka was najbardziej przykry odcinek wzdłuż jeziora Loch Lomond. Nie będzie to może jakieś okrutne przeżycie, jednak wspinaczka na kolanach po stromych (ale krótkich, to trzeba przyznać) zboczach, które wciąż lecą sinusoidalnie w górę i w dół, dadzą wam w kość i sprawią, że zaczniecie się zastanawiać, kiedy w końcu opuścicie to jezioro. Z dobrych wiadomości po drodze będziecie w stanie uzupełnić zapasy wody przy niewielkim pensjonacie w Inversnaid, gdzie widoki zdecydowanie wynagrodzą wam wędrówkę. Tuż przy pensjonacie zobaczycie także absolutnie przepiękny wodospad Inversnaid Falls który mocą i wysokością zdecydowanie was zachwyci. W tym miejscu warto jest sobie chwilkę odpocząć i coś przekąsić. W ramach ciekawostki dopowiem, że do miejscowości Inversnaid można dopłynąć kursującymi tu cyklicznie łodziami pełnymi spragnionych widoków turystów. Znajdziemy tu także ostrzeżenia, iż dalsza część trasy prowadząca do Inverarnan niestety pozbawiona jest możliwości zejścia ze szlaku czy udzielenia pomocy w razie wypadku i tak w rzeczywistości było. Szlak powiedzie was znów przy jeziorze Loch Lomond, wspinając się i opadając wzdłuż jego przebiegu, by potem zaprowadzić was do jednego z najbardziej ikonicznych miejsc na trasie – malowniczych ruin przy których znajdziecie chatkę ratunkową (eng. bothy) czyli miejsce do bezpłatnego noclegu we względnym komforcie. Stąd niewiele dzieli was już od Inverarnan, małego miasteczka, w którym znajdziecie sklep, nocleg i kemping. Dla biwakujących mam jednak złą wiadomość – pierwsze miejsce na biwak odnajdziecie dopiero kilka kilometrów za miejscowością.

Etap 4 - Inverarnan - Tyndrum

Jak dla mnie był to jeden z najfajniejszych i najbardziej zróżnicowanych odcinków na całej trasie. Absolutnie zakochałam się tutaj w szumiącym tuż za Inverarnan wodospadem, który naprawdę swoją mocą robił wrażenie i którego szum towarzyszył mi przez kilka kilometrów. Spotka was tu jednak nie lada problem z rozbiciem namiotu, gdyż dobrych miejsc po prostu brakuje. Na przebiegu trasy odnajdziecie naprawdę sporo fajnych i ciekawych miejsc. Będzie tu duża dawka historii, ogromna, powyginana wiatrem jarzębina, mnóstwo owiec i krów, ciekawy cmentarz i typowo szkockie legendy z najbardziej malowniczym jeziorkiem na całej trasie West Highland Way. Zdecydowanie warto pochylić się i poczytać tablice informacyjne stojące tu dość licznie, ponieważ ten odcinek obfituje w ciekawe historie, które są warte odkrycia. Wasza wędrówka skończy się przy Tyndrum, gdzie znajdziecie dość przyjemne miejsce do spania z dostępem do wody.

Etap 5 - Tyndrum - Inveroran

Ten odcinek to jak niekończona się historia zakrętów i gór. Trasa jest tutaj monotonna, chociaż dość ładna i obfitująca w widoki wyższych wzniesień. Zewsząd słyszeć będziecie tutaj meczenie owiec, które można wypatrzeć w najdziwniejszych miejscach u zboczy gór. Zwierzęta wypasane na tych odcinkach są oswojone z widokiem człowieka i raczej nie zwrócą na was większej uwagi. Obok przemknie też zapewne pociąg, który kursuje tędy z Fort William. Ta serpentyna płaskiej drogi skończy się w ciekawym miasteczku o nazwie Bridge of Orchy, gdzie znajdziecie sporo miejsca do biwakowania na dziko, a także oblegany pensjonat. Za tym miejscem czeka was podejście, które nie należy do przyjemnych, ale nie powinno sprawić wam większych trudności. Kiedy jednak wtoczycie się na górę i spojrzycie na przepiękny widok otaczających was wrzosowisk, nie będziecie żałować ani kropelki potu. Będzie to również dobre miejsce na odpoczynek zwłaszcza, że wiejący tu wiatr przegania owady, których po zejściu do Inveroran napotkacie naprawdę sporo. Sama miejscowość jeśli można ją tak nazwać składa się z mniej więcej trzech budynków, z czego jednym z nich jest uroczy pensjonat. Tuż za nim znajdziecie dobre miejsce do rozbicia namiotu z dostępem do wody.

Etap 6 - Inveroran - Kings House

Na tym odcinku doświadczycie prawdziwych szkockich wrzosowisk. Są one dosłownie wszędzie, dlatego warto mieć się na baczności gdyż wokół wiele jest zbiorników wodnych czy bagnisk, w które łatwo wpaść dając się ponieść widokom. Trasa na tym odcinku jest naprawdę łatwa i przyjemna. Droga jest utwardzona, miejscami lekko wiedzie w górę, ale nie można tego nazwać nawet podejściami. Tuż za Inveroran i obok Kings House znajdziecie dość miłe miejsca do biwakowania z dostępem do wody. Jak okiem sięgnąć wokół rozciągać się będą nieskończone połacie terenu, tworząc absolutnie przepiękne krajobrazy. Niestety był to również odcinek, na którym spotkałam najwięcej meszek. Pod koniec trasy warto zwrócić uwagę na piękny wiejski domek Black Rock Cottage, a także nie bez echa przejdzie fakt, iż nagle z pagórków ukażą wam się góry wywołując prawdziwy efekt wow.

Etap 7 - Kings House - Kinlochleven

Na tym odcinku czeka na was największe przewyższenie na calutkiej trasie – Devils Staircase o zawrotnej wysokości 550 m.n.p.m. Niedużo nie? A jednak zdecydowanie da się to odczuć. Z obciążeniem i dość mocno stromym podejściem w formie schodków, nieraz zabraknie wam tchu. Jest też jednak dobra wiadomość – ten kawałek trasy obfituje w widoki, po które szliście cały ten czas. Wszędzie wokół wyrastają przepiękne górskie krajobrazy, aż miejscami nie wiadomo, gdzie podziać głowę. Poza jednym większym wzniesieniem trasa będzie dość lekka i nieprzysparzająca większych trudności. Złą wiadomością jest fakt, iż próżno znaleźć tu jakiekolwiek zadrzewienie w razie nagłej potrzeby. Wszędzie wokół otaczać was będą nieskończone połacie wrzosowisk i wyrastających z nich drobnych głów kolejnych szczytów. Ta część trasy jest również dość mocno oblegana turystycznie – zarówno przez piechurów, jak i miłośników górskich rowerów. W samym Kinlochleven warto zwrócić uwagę na wielką hydroelektrownię. W miasteczku jest również sklep Coop, w którym zrobicie zakupy spożywcze w niewygórowanych cenach. Tuż na wyjściu znajdziecie miejsca biwakowe – jak dla mnie mało interesujące, gdyż położone w zasadzie w mieście, co daje takie dość nieciekawe złudzenie odgrywania roli bezdomnego. Jeśli chcecie spać na dziko polecam miejscówki przed Kinlochleven lub jakiś kilometr za miasteczkiem.

Etap 8 - Kinlochleven - Fort William

Ten odcinek to absolutne cudo. Najbardziej górski, aczkolwiek nadal dość płaski odcinek szlaku powiedzie was prosto w ramiona najwyższej góry Wielkiej Brytanii czyli Ben Nevis. Dla nas ta zawrotna wysokość 1345 m.n.p.m. może wydać się nieco śmieszna, ale patrząc na tę górę z bliska widać jej siłę i ogrom. Z Kinlochleven czeka na was niestety niezbyt miłe podejście, które jednak już po niedługim czasie zmieni się w przepiękne otoczenie Highlandów. Iść będziecie jednak nie tylko w otoczeniu gór, ale i lasów oraz wrzosowisk.  Szczyt Ben Nevis będzie towarzyszył wam przez dość długi czas rosnąc w oczach. Od jego podnóży będziecie już prawie na końcu trasy. Pierw miniecie początek szlaku prowadzącego na górę, który łatwo rozpoznać po tłocznej i obleganej Informacji Turystycznej oferującej kawę i kakao z piankami. Po około dwudziestu minutach jednak w końcu dostrzeżecie pierwotny koniec trasy West Highland Way znajdujący się na wejściu Fort William. Szlak obecnie liczy około 3 kilometry więcej i prowadzi przez miasteczko, kończąc swój bieg przy pomniku “siedzącego piechura” (eng. Seated Sculpture). Szczerze mówiąc końcówka West Highland Way sprawiła mi najmniej przyjemności i przeszłam ją bardziej dla zasady. Prowadzi ona bowiem przez niezbyt okazałe miasteczko, wzdłuż witryn sklepowych i jej jedynym plusem wydaje się tu być bliskość stacji kolejowej.

Informacje praktyczne

Woda jest dość łatwo dostępna wzdłuż całego szlaku. W wielu miejscach po trasie znajdują się kraniki, z których można uzupełnić zapasy. Po drodze mija się również wiele miejscowości, w których można zaopatrzyć się w wodę butelkowaną. Picie ze strumieni jest bezpieczne, chociaż niezalecane. Osobiście korzystałam z tej wody i nie odczułam z tego powodu większych dolegliwości. Trzeba się również przygotować na chlorowany, niezbyt dobry smak kranówki.

Szkocja to dom dla wielu gatunków komarów i meszek te ostatnie będą stanowić dla was zdecydowanie największe wyzwanie. Niestety uniknąć ich jest dość trudno, gdyż sezon na te owady trwa od maja do końca października. Warto wziąć ze sobą środek zawierający sporą ilość DEET (powyżej 50 %, np. Mugga STRONG), gdyż faktycznie nieco odstrasza on meszki. Niestety olejek eteryczny z goździka, który wspaniale sprawdza się przy polskich meszkach, tu nie zdziałał on praktycznie nic. Poza ochroną w formie środka, należy zaopatrzyć się w kapelusz z moskitierą na meszki. Jest to bardzo ważne, by zwrócić na to uwagę, gdyż są to tak małe stworzenia, że bez problemu potrafią przejść przez większe oczka siateczek na komary. Musicie niestety również przygotować się na to, że na każdym przystanku na trasie minie raptem kilka minut nim te zdradzieckie żyjątka dowiedzą się o waszej obecności i zaczną atak. Warto również mieć na uwadze, iż kolory pomarańczu, czerwieni i żółci je przyciągają, co odczułam niestety na własnej skórze. Szlakiem West Highland Way szłam we wrześniu i niestety na tych krwiopijców się natknęłam – meszki występowały tu plagami. Za jednym zakrętem czarna masa, a za kolejnym ani jednego owada.

Szkocja to kraina jelenia i zdecydowanie szybko to zauważycie. Jelenie tu słychać, widać i nietrudno spotkać. W bardziej obleganych miejscówkach do biwakowania na dziko nierzadko podchodzą one aż pod same namioty i nie dają spać. Większość z nich ludzi się absolutnie nie boi, a wręcz traktuje jak część szkockiego krajobrazu.

Podczas całego przejścia korzystałam z aplikacji mapy.cz oraz  Walkhighlands, które świetnie działają offline w terenie. Dzięki temu łatwo orientowałam się w tym, gdzie się znajduję i jak daleko mam do kolejnego przystanku. Na mapach znajdziecie także oznaczenia miejsc na dzikie biwakowanie, co ogromnie ułatwia sprawę. Mimo wszystko jednak zawsze warto zaopatrzyć się w papier. Przypominam, iż chcąc przetrwać na szlaku z telefonem – w Szkocji trzeba używać przejściówki, gdyż panują tu gniazdka typu G (z trzema bolcami).

Na szlak najłatwiej dostać się dolatując do Glasgow. Z dworca centralnego nietrudno dostać się do miejscowości, skąd szlak wychodzi – Millngavie. Z Fort William bez trudu można też dojechać pociągiem z powrotem do tego miasta jak i Edynburga. Kursują one często i sprawnie – panuje tu jednak zasada, iż im wcześniej zakupimy bilet, tym taniej.

Na szlaku należy przygotować się na absolutnie każdą pogodę. Nawet w środku lata może padać rzęsisty deszcz, a w górach nawet śnieg. Szkocja słynie z nieprzewidywalności, więc warto przygotować się zarówno na opady, zimno, jak i słoneczną, ciepłą pogodę.

Przydatne linki

www.scotrail.co.uk – bilety na pociągi

www.lochlomond-trossachs.org/things-to-do/camping – Loch Lomond and the Trossachs National Park